Wydarzenia

Szef PiS w Bochni Ireneusz Sobas podsumowuje wybory. "Bochnio! - żałuj, co straciłaś" - WYWIAD

Tomasz STODOLNY

Czy wystawienie Krzysztofa Kokoszki do wyścigu o fotel burmistrza Bochni było dobrą decyzją Prawa i Sprawiedliwości? Dlaczego nie wygrał? Szef miejskich struktur PiS podsumowuje: "Bochnio! - żałuj, co straciłaś". Przeczytajcie wywiad z Ireneuszem Sobasem, który współtworzył kampanię wyborczą PiS w mieście i powiecie.

Ireneusz Sobas - szef miejskich struktur Prawa i Sprawiedliwości w Bochni.

Powyborczy kurz już opadł, warto więc pokusić się o podsumowania. W bocheńskiej Radzie Miasta Prawo i Sprawiedliwość zdobyło samodzielną większość - takie były założenia, czy to plan wykonany z naddatkiem?

Ireneusz SOBAS: - Wygrane wybory do Rady to był plan minimum, a bezwzględna większość – optimum. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to PiS wygrywa wybory na radnych regularnie od 2006 roku, nigdy jednak nie udało nam się zdobyć samodzielnej większości. Aż do teraz.

Ogromna w tym zasługa samych kandydatów, którzy włożyli ogrom wysiłku w to, by wyniki ich (a przez to całego ugrupowania) były jak najlepsze. Te wybory wymagały gry zespołowej i to się znakomicie powiodło. Stworzyliśmy zgraną drużynę i poczytuję sobie za zaszczyt móc pracować w tym gronie.

Przy okazji nie mogę nie odnieść się do krzywdzących i nierzadko pogardliwych komentarzy odnośnie wieku naszych radnych i radnych obecnej kadencji w ogóle. Nie będę się wypowiadać za innych, ale pośród blisko 30 kandydatów na radnych miejskich, których zgłosił PiS, były i osoby, nazwijmy to w „słusznym wieku”, ale byli też 20- i 30-latkowie. Taka była taktyka – stworzyć swoistą „mieszankę wybuchową” doświadczenia i młodości. To nikt inny, ale sami wyborcy zdecydowali, kto ostatecznie został radnym. Wybrano te a nie inne osoby i uszanujmy ten wybór.

Do pełni szczęścia zabrakło zwycięstwa w wyborach na burmistrza, chociaż kandydat PiS osiągnął imponujący wynik - najwyższy od 12 lat - i przegrał dosłownie o włos. Czego zabrakło?

Nie ma co ukrywać, że na początku roku poważnie skłaniałem się do decyzji o kandydowaniu na stanowisko burmistrza. Odciągnięto mnie od tego zamiaru w sumie prostym argumentem – choćbym nie wiem, jak się starał i zaprzeczał, będę postrzegany jako emanacja „twardego” PiS-u, a tu trzeba osoby, która skupi wokół siebie szersze wyborcze spektrum, a nie tylko zwolenników prawicy. Stąd pomysł pana Krzysztofa Kokoszki jako osoby dotąd zupełnie z nami nie kojarzonej, ale jednocześnie podzielającej wiele ważnych dla nas paradygmatów.

Zadziałało – i to jak! Po raz pierwszy od 2010 r. nasz kandydat wszedł do II tury wyborów z wyraźną przewagą nad konkurentem. O tym, jak stał się groźny dla dotychczasowego establishmentu świadczą chociażby uporczywie powtarzane opowieści o jego rzekomych związkach np. z PSL-em – ta narracja dominowała przez cały okres trwania kampanii.

Osobiście nie mam sobie nic do zarzucenia, wszyscy w sztabie tyraliśmy ostro, najwięcej sam kandydat. Mieliśmy naprawdę udaną, nowoczesną kampanię, chyba najlepszą od lat.

Czego zabrakło? Przysłowiowego łutu szczęścia. Wystarczyło, żeby 140 mieszkańców Smykowa i okolic, pomimo znanych wszystkim problemów, dotarło do urn i myślę, że rozmawialibyśmy w zupełnie innej rzeczywistości. Ale jest jak jest.

Oczywiście że w gronie sztabu wyborczego analizowaliśmy, jak to się stało, iż blisko 900 głosów przewagi po I turze nie wystarczyło do ostatecznego zwycięstwa. W naszej ocenie zadziałał efekt mobilizacji antypisu. Proszę zauważyć, że burmistrza S. Kolawińskiego poparli zarówno starosta L. Węgrzyn jak i J. Lysy, chociaż znane są ich wcześniejsze, ujmijmy to tak – dystansujące się od niektórych jego posunięć – wypowiedzi. Po prostu dla niemałych wcale środowisk każdy kandydat był lepszy niż reprezentant PiS, choćby był nim tak bardzo „niepisowski” Krzysztof Kokoszka.

I jeszcze jedno – na naszego kandydata nie zagłosowali wszyscy wyborcy prawicy, a Prawa i Sprawiedliwości w szczególności. Skutecznie go obrzydzono powiastkami, o których mówiłem przed chwilą, no ale to już nasz wewnętrzny problem i nie ma sensu publicznie go roztrząsać.

Jest już jakiś pomysł na zagospodarowanie tak dużego kapitału poparcia dla tego kandydata?

Dyskutujemy o tym. Pan Krzysztof jest zbyt młody, by trwale odejść na zawodową emeryturę. Wcześniej nie znałem go bliżej, ale minione miesiące wspólnej pracy unaoczniły mi, jaki to fantastyczny facet. Ile w nim energii, pomysłów. Zaskakiwał także wiedzą, której po nim się nie spodziewałem – z pogranicza prawa, administracji, w ogóle zarządzania. Bochnio! – żałuj, co straciłaś. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Panu osobiście co prawda nie udało się zdobyć mandatu radnego, ale domyślam się, że jako szef miejskich struktur PiS i tak będzie pan angażował się w prace na rzecz lokalnego samorządu?

Wziąłem sobie na głowę trochę za dużo – kampania na burmistrza, pomoc kandydatom na radnych w mieście i powiecie, wreszcie pomoc naszemu kandydatowi do sejmiku – i zabrakło czasu na własną kampanię (śmiech).

Ale tak to już jest i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Bochnia była, jest i pewnie będzie do końca moim miastem i niezależnie od tego, jak potoczą się moje dalsze zawodowe losy, jej dobrobyt i powodzenie zawsze będą leżały mi na sercu.

Przyglądał się pan już budżetowi miasta na rok 2019? Jakieś pierwsze spostrzeżenia/uwagi?

Zasadnicza uwaga – pomimo imponującej kwoty na wydatki, zaplanowanej na przyszły rok (ponad 156 mln zł) ogromna jej większość to tzw. „pieniądze znaczone”, czyli przeznaczone na sztywne wydatki. Na inwestycje przeznacza się w sumie niemało, bo ponad 36 mln zł, ale tu znowu ogromną większość z tej kwoty pochłoną wydatki na łącznik autostradowy, rewitalizację, budowę tężni i trasy północno-zachodniej.

Na wszystko inne najwyraźniej braknie pieniędzy. Idą chude lata dla miejskich inwestycji i budżet jest tego najlepszym odzwierciedleniem. Pokazuje to, o czym tak dużo mówiliśmy w kampanii wyborczej: opieranie rozwoju miasta o dochody własne to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie. Inne, sąsiednie samorządy zaabsorbowały w minionych latach poważne środki zewnętrzne, u nas było z tym różnie i to się teraz mści.

PiS będzie dla burmistrza Kolawińskiego bardzo twardy i wymagający?

Tutaj odpowiedź muszę rozbić na dwie części. Po pierwsze w Radzie Miasta ukonstytuowała się (mam nadzieję, że trwała) większość, którą tworzą nasze koleżanki i koledzy z klubu radnych PiS. Są tam i stare samorządowe wygi i zupełni debiutanci – tak zresztą miało być. Ufam, że będą skuteczną zaporą dla – mam taką nadzieję, że nielicznych – niewłaściwych decyzji i pociągnięć Pana Burmistrza, z drugiej strony będą go wspierać w słusznych, owocnych dla miasta działaniach.

Nikt nie zostaje radnym tylko po to, by uprawiać jałową krytykę dla krytyki. Jest czas wyborów i czas po wyborach. Wyborcy zdecydowali, tak jak zdecydowali i musimy się wpisać w tę nową-starą rzeczywistość. Wierzę w rozsądek, a przede wszystkim proobywatelski, prorozwojowy instynkt naszych pań i panów radnych.

Chcemy też w tej kadencji być bardziej aktywni jako struktura miejska Prawa i Sprawiedliwości. Będziemy zabierać publicznie w głos w sprawach dla miasta istotnych. Do tej pory różnie z tym bywało – „cicha” kampania wyborcza trwała praktycznie od wiosny i nasz głos wybrzmiewał przez struktury wyborcze i naszych kandydatów. Teraz się to zmieni.

Czy to się komuś podoba czy też nie – jesteśmy wyrazicielami poglądów ponad 40 procent mieszkańców miasta.

comments powered by Disqus

Najnowsze