Sport

BKS po rundzie jesiennej. Wywiad z trenerem Januszem Piątkiem

Rozmawiamy po rundzie jesiennej IV ligi małopolskiej wschodniej, w której ostatecznie BKS zajął 3. miejsce.

Jak pan ocenia ją z własnej perspektywy?

- Patrząc całościowo trzeba ją ocenić pozytywnie. Początek był trudny, mieliśmy sporo problemów z organizacją gry na boisku, jak i po za nim i to z pewnością odbiło się na wynikach w pierwszych meczach. Dodatkowym utrudnieniem było to, że przed sezonem dołączyło do nas jedenastu zawodników i zespół potrzebował czasu na zgranie oraz na zmianę podejścia do gry. Niektórzy oczywiście grali wcześniej w Bochni, ale pewne nawyki i zachowania z poprzednich klubów były aż nadto widoczne. Dlatego na początku musieliśmy dużo pracować nad tym, aby zawodnicy się zgrali i uświadomili sobie, czego od siebie oczekujemy. W konsekwencji dwa pierwsze mecze przegraliśmy, wygraliśmy z Sandecją i dość pechowo przegraliśmy na Gliniku. To była dobra lekcja, po której zawodnicy dostrzegli swoje błędy, poznali się nawzajem i dowiedzieli się jakie są oczekiwania wobec nich na boisku. W konsekwencji z meczu na mecz podwyższali poziom i jakość gry, a przy tym zdobywali punkty.

Jaki mecz w rundzie był pana zdaniem najlepszy?

- Bardzo ciężko wybrać ten jeden najlepszy. Po każdym meczu analizowaliśmy nasze dobre, jak i słabe strony, bez względu na wynik. Do tych przełomowych na pewno należały derby z GKS Drwinią, gdzie mimo tego, że przez prawie 60 minut graliśmy w osłabieniu, to w doliczonym czasie gry strzeliliśmy zwycięską bramkę. Duże znaczenie miała również wygrana z Lubaniem, pierwsza po13 latach i oczywiście pokonanie lidera, Limanovii, na własnym boisku. Myślę, że te spotkania mogę uznać za jedne z lepszych meczy w naszym wykonaniu.

Mieliśmy okazję obserwować różne drużyny, które rywalizowały z BKSem w rundzie jesiennej. Którą według Pana można uznać za najmocniejszą w lidze?

- Pod względem piłkarskim na tą chwilę najmocniejsza w lidze jest lider - Limanovia. Widać tutaj bardzo dobrą pracę trenera Paszkiewicza.

A jak na jej tle ocenia pan grę swojej drużyny?

- Jak już wspomniałem początek nie był wymarzony. Byłem na to przygotowany i wiedziałem, że czeka nas ciężka praca. Stąd też uważam, że poziom który osiągnęliśmy, w tak krótkim czasie i idąca z nim w parze zdobycz punktowa, przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Systematyczna praca i zaangażowanie zawodników powodowało, że z tygodnia na tydzień gra wyglądała coraz lepiej. Stopniowo niwelowaliśmy błędy, a najlepszym przykładem jest to, że w pierwszych czterech meczach straciliśmy 7 bramek, a w następnych w dziesięciu już tylko 4.

A co ze skutecznością? Czy zadawala pana średnia bramek 1,92 bramki na mecz?

- Z jednej strony jest to niezła statystyka. Z drugiej strony w piłce liczą się na pierwszym miejscu punkty, a później bramki. Moglibyśmy więc strzelać po jednym golu, byle wygrywać 1:0. Statystyka oczywiście jest nienajgorsza, ale patrząc ile sytuacji wykreowaliśmy, zwłaszcza w tych kluczowych meczach, gdzie remisowaliśmy lub przegrywaliśmy, sprawia, że jest nad czym pracować.

Zdobyliście jesienią miano drużyny własnego boiska. Twierdza Bochnia padła tylko raz, w meczu z Muszyną. Z kolei na wyjazdach udało się zdobyć tylko 6 punktów?

- Zgadza się i biorąc pod uwagę, że na wiosnę czeka nas 10 wyjazdów, musimy zdecydowanie poprawić grę na wyjazdach. Trzeba pamiętać, że na wyjeździe graliśmy tylko 5 spotkań. Ponadto specyfika małego boiska na Parkowej skutkowała, zmianami organizacji gry na wyjazdach. Dodatkowo pamiętać należy, że dwie porażki wypadły na słabszy, początkowy okres, w którym jeszcze zgrywaliśmy się.

Z przegranych wyciągnęliśmy wiele wniosków i mecze w Drwini, czy z Lubaniem pokazały, drużyna też ma potencjał w meczach wyjazdowych i poprawimy nasze statystyki na wiosnę.

W sumie pana podopieczni zebrali w tej rundzie 34 żółte kartki. Czy według pana jest to powód do zmartwienia?

- Nie w żadnym wypadku. Na dzień dzisiejszy dysponujemy szeroką kadrą i w razie wykluczenia tworzy się szansa dla zawodników z ławki rezerwowych. Ci nieraz skutecznie udowadniali, że należy miejsce im się w jedenastce. Inną sprawą było to, żę większość upomnień była efektem walki i zaangażowania piłkarzy. Tych, tak zwanych „głupich” czy wynikających z brutalności, o które mogę mieć pretensje, było niewiele.

Jakie elementy gry według pana wymagają szczególnej poprawy?

- Mamy wiele do poprawy i jesteśmy tego świadomi. Duże rezerwy widać przede wszystkim przy wyprowadzaniu piłki i stałych fragmentach gry. Mecz z Górnikiem pokazał nam, że pod każdym względem można zrobić coś więcej i mamy 3 miesiące na to, żeby to poprawić.

Który zawodnik według pana zasłużył najbardziej na wyróżnienie?

- Uważam, że naszą największą siłą było to, że nie mieliśmy jednego, stałego lidera, od gry którego uzależniona była postawa drużyny. Dziesięciu zawodników wpisało się na listę strzelców. W meczach w różnych okresach zawodnicy brali ciężar gry na siebie i dawali to czego drużyna potrzebowała. Wydaje mi się, że ta zespołowość była kluczowa w podnoszeniu jakości naszej gry.

A czy któryś z graczy zawiódł pana?

- Nie było takiego zawodnika, który by na całej linii zawiódł. Musimy mieć świadomość tego, że na tym poziomie rozgrywkowym różne czynniki mogą decydować o formie meczowej. Są przecież studia, szkoła czy praca, a także inne obowiązki, które sprawiają, że zawodnicy są w danym meczu różnie dysponowani. Dlatego też słaba forma jednego gracza nie wpływała tak znacząco na drużynę. Dużą naszą siłą było to, że wchodzący zawodnicy godnie zastępowali swoich kolegów i utrzymywali poziom gry. Pracowaliśmy systematycznie nad stabilizacją naszej formy, co widać było po rotacjach w składzie.

Czy pana i pańskich zawodników satysfakcjonuje miejsce i ilość punktów na koniec rundy?

- Pomimo dobrej rundy stać nas było na zdobycie większej zdobyczy punktowej. Nasza filozofia oparta była na skupianiu się na najbliższym ligowym spotkaniu, którego celem, zawsze było zwycięstwo. Mam nadzieję, że wiosną ciężka praca i zaangażowanie spowodują, że tych punktów będzie jeszcze więcej.

Czyli będzie awans do III ligi?

- Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mówiąc jednak poważnie, zajęcie pierwszego miejsca będzie bardzo trudne. W tym roku poziom piłkarski IV ligi bardzo się wyrównał, różnice między drużynami w tabeli są niewielkie. Pamiętajmy też, że na drodze do III ligi są jeszcze baraże z mocnymi drużynami grupy zachodniej, taki jak choćby Wiślanka czy aspirującym do awansu Hutnikiem Kraków. Dlatego nie myślimy o tym, czy lub z kim będziemy grać w barażach. Skupiamy się przede wszystkim na realizacji naszych celów i założeń, które postawiliśmy sobie na starcie ligi. Mam świadomość, że wiele rzeczy, nie tylko piłkarskich, wymaga ciężkiej pracy i zaangażowania i tak naprawdę one zdecydują, w którym miejscu będziemy na koniec ligi.

Pytam o awans do III ligi, bo wszyscy wiemy, jaki jest stan prawny obiektów w Bochni.

- Jeśli chodzi o III ligę, to musimy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że to jest ogromne wyzwanie pod względem organizacyjnym i finansowym. Faktycznie na ten moment nie dysponujemy obiektem, na którym mogliby występować trzecioligowcy. Wiem, że zarząd klubu we współpracy z władzami szuka skutecznego sposobu na rozwiązanie tego problemu. Zwiększa się również liczba osób i firm wspierających nasze działania pod względem finansowym. My, trenerzy i zawodnicy, na pewno będziemy grać w każdym meczu o zwycięstwo. Przy tym wiemy, że dla dobra klubu i mieszkańców ważniejszym jest zwrócenie uwagi na odbudowę organizacyjną i podnoszenie poziomu szkolenia wszystkich grup wiekowych. Tak naprawdę sukcesy na tym polu sprawią, że klub będzie się mógł spokojnie rozwijać.

Gdyście jednak awansowali problemem mogłoby być rozgrywanie meczów poza Bochnią.

- Wychodzę z założenia, że trzeba grać w miejscu, gdzie się trenuje i gdzie się mieszka. Co prawda przykład Sandecji pokazuje, że można to robić gdzie indziej. Powtórzę zatem, że naszym celem jako sztabu szkoleniowego jest podnoszenie poziomu gry, budowę zaplecza juniorskiego i w końcu dobre prezentowanie się na boisku. A co czas pokaże, to zobaczymy

Wróćmy zatem do przygotowań. Czy ma pan plan na okres zimowy?

- Tak, okres zimowy mam już zaprojektowany. Sparingi są przygotowane, program zajęć również. Harmonogram pozostaje jeszcze do zaakceptowania przez zarząd i myślę, że w przyszłym tygodniu pozostanie dopięcie ostatnich szczegółów.

Jak będzie wyglądał plan na najbliższy miesiąc, w którym zawodnicy nie będą mieli treningów?

- Drużyna będzie do 18 grudnia trenowała wspólnie. Potem, w okresie świątecznym, zawodnicy otrzymają indywidualna rozpiskę zadań, do realizacji we własnym zakresie, tak aby organizmy poprawnie się zregenerowały. We wtorek 9 stycznia rozpoczniemy przygotowania, w planach są testy wydolnościowe i szybkościowe. Na ich podstawie będzie przygotowywany szczegółowy plan zajęć i bierzemy się za ciężką pracę.

Przez wiele lat był pan trenerem bocheńskiej młodzieży. Czy nie uważa pan, że mógł więcej sięgać po juniorów w meczach IV ligi?

- Sprawa juniorów nie była taka prosta. Celem, który postawił przede mną zarząd było wykorzystanie ich potencjału i w przyszłości przygotowanie do piłki seniorskiej. Stąd też grupa najstarszych została włączona do cyklu treningowego I drużyny. Podstawą było jednak odbudowanie swojej formy i podniesienie poziomu w Małopolskiej Lidze Juniorów Starszych. Początek, podobnie jak w przypadku pierwszej drużyny, był jednak trudny. Zderzenie z klasowymi drużynami juniorskimi w Małopolsce pokazało, że czeka ich ciężka praca. Przyniosła ona z czasem efekty w postaci wyników, a młodzi piłkarze powoli wracali do swojej dyspozycji i prezentowali niezły poziom piłkarski. Pokazało to choćby spotkanie z Górnikiem, gdzie pozytywnie zaprezentowali się na tle lidera ekstraklasy. Kilku z wyróżniających się graczy dostało swoje szanse w IV lidze. Dostrzegam progres w ich grze, liczę na nich i myślę, że dobrze przepracowana zima może być dla nich przełomowa.

Pod koniec rundy rozegraliście bardzo prestiżowe spotkanie z Górnikiem Zabrze. Co, z piłkarskiego punktu widzenia, dało ono pańskim zawodnikom?

- Myślę, że była to świetna okazja do porównania piłkarskiego miejsca, w którym się znajdujemy. Zawodnicy zobaczyli, jak wygląda szybka gra od środka i jak wygląda poruszanie się z piłką i bez niej. Młodzi zawodnicy mieli szanse skonfrontować się z najlepszą obecnie drużyną w Polsce. Pod względem piłkarskim była to świetna lekcja, z której – mam nadzieje – wyciągną wnioski, które zaprocentują tak w rozgrywkach, jak i w dalszej przygodzie z piłką.

Wracając do Pana. Jako zawodnik i trener seniorów odniósł pan zwycięstwa w 188 meczach. Czy w następnej rundzie zaatakuje pan liczbę 200?

- Jestem bardzo zaskoczony tą statystyką, o której nie wiedziałem. W takim razie bardzo bym chciał świętować jubileusz 200 wygranych. Ze swej strony będę robił wszystko, żeby to miało miejsce już na wiosnę.

Czy nie czuje się pan obciążony nadmiarem obowiązków, bo oprócz pierwszej drużyny BKSu prowadzi pan dodatkowo zespoły futsalowe: BSF U – 20 i pierwszą drużynę BSFU?

- Nie, bo tak naprawdę koniec rundy w IV ligi zbiegł się z początkiem rozgrywek halowych. Ponadto drużyna U – 20 trenuje razem z pierwszą drużyną i praktycznie to są ci sami zawodnicy. Bardzo lubię to co robię i lepiej się czuję pracując niż odpoczywając. Mecze dają wiele radości i zawszę mogę być w ruchu. Sezon halowy nie ingeruje z rozgrywkami „na trawie” i teraz mam możliwość pracy z drużynami futsalowymi. Tym niemniej od pierwszego treningu styczniowego bierzemy się za przygotowania do rozgrywek IV ligi i na nich będę się przede wszystkim skupiał.

Mamy w składzie dwóch reprezentantów Polski U-20 w futsalu: Arka Budzyna i Piotrka Kazka. Co pan powie o formie tego pierwszego, który od kilku sezonów ma stałe miejsce w składzie drużyny seniorów?

- Arek jest w dalszym ciągu młodym zawodnikiem, posiadającym duże umiejętności i ogromny potencjał. W tym wieku, co powszechnie wiadomo, zawodnicy mają problemy z dużymi wahaniami formy. I Arek z tym problemem się zderzył. Na pewno nie pomogła mu kontuzja pod koniec rundy, z którą grał i odczuwał duży dyskomfort. Ale nie możemy zapomnieć, że w całej rundzie Arek był liderem klasyfikacji asyst, których zaliczył pięć. Pomimo tego, że nie strzelał bramek, to razem z Grześkiem Marszalikiem wykreowali 10 bramek. Uważam, że wniósł wiele do drużyny, choć myślę, że stać go na dużo więcej. Jeżeli zachowa cierpliwość i będzie nadal ciężko pracował to o bramki nikt nie będzie się martwił.

Dziękuję za rozmowę.

[Jakub NOSKOWIAK]

comments powered by Disqus

Najnowsze