Sport

Szczepan Brzeski wbiegł na Górę Kościuszki. Teraz Mount Everest

tim

Do zdobycia Korony Ziemi Szczepanowi Brzeskiemu z Bochni brakuje już tylko jednego z dziewięciu szczytów (najwyższego Mount Everest). 6 grudnia wbiegł na najwyższą górę Australii - Górę Kościuszki 2 228 m n.p.m.

Relacja Szczepana Brzeskiego:

„Góra Kościuszki liczy zaledwie 2228 m n.p.m., a więc jest najniższą górą w „Koronie Ziemi”. Zdrowy człowiek, lubiący ruch bez problemu poradzi sobie z osiągnięciem szczytu. Utrudnieniem są kaprysy pogody, ale to jest norma na najwyższych szczytach pasm górskich. Są one, z racji swojej natury, najbardziej odsłonięte. Na Górę Kościuszki można wejść na kilka sposobów – do wyboru trudniejsze i łatwiejsze podejścia. Punkt końcowy oczywiście ten sam – na szczycie stoi metrowy kamienny obelisk. Miłym akcentem jest fakt, że góra nazwana jest od imienia naszego rodaka.

1000 km lewą stroną

Aby dostać się do podnóża góry najprościej wyruszyć z Sydney, Melbourne lub Canberry. Niestety komunikacja publiczna jest słabo rozwinięta, w szczególności w sezonie letnim kiedy do Parku Narodowego Kościuszki dociera stosunkowo mało turystów i podróżników (w zimie są tam najpopularniejsze w Australii stoki narciarskie więc ruch jest większy). Najlepiej wiec wypożyczyć samochód. Wyruszyłem z Sydney i do pokonania miałem 495 km w jedną stronę. Po 5 godzinach dotarłem do miejscowości Jindabyne, gdzie spałem a następnego dnia do Thredbeno skąd rozpoczynają się drogi na szczyt. Nigdy wcześniej nie prowadziłem samochodu lewą stroną i nie zdawałem sobie sprawy ze wszystko jest odwrotnie włącznie z kierunkowskazem. ”Równaj do lewej!” powtarzałem sobie i jakoś przetrwałem całą drogę bez stłuczki. Całe szczęście, że Australia praktycznie w ogóle nie jest zakorkowana. Również w Sydney stoi się najwyżej raz na światłach. Z drugiej strony nawet na autostradach max prędkość to 110 km/h i na całej mojej trasie co chwila były odcinkowe pomiary prędkości.

500 km w jedną stronę mijało dość szybko, bo krajobrazy były piękne, włącznie z rozległymi polami, wysuszonymi drzewostanami, narzutami skalnymi i widokowymi jeziorami. Temperatura od 32 w Sydney do 20 w Jindabyne. Zaraz po przyjeździe do Jindabyne zaczął padać rzęsisty deszcz. Wyprawa miała zacząć się następnego dnia.

Biegiem na szczyt

Miałem plan, że na szczyt wbiegnę. Tak naprawdę uzależniałem to tylko od pogody. Patrząc na zachmurzenie i prognozy (miało być pochmurnie, ale nie miało padać) zdecydowałem, że ubieram się na biegowo, ale w plecaku mam ubranie na chłodne warunki.

Długość szlaku z Thredbo (1365 m n.p.m.), na szczyt i z powrotem to ok. 20 km drogi. W dużym uproszczeniu można przyjąć, że drogę na szczyt można podzielić na połowę o różnej skali trudności. Pierwsze 5 km to ostre podejście stokiem narciarskim. Wysokość wzrasta dość dynamicznie. Po drodze pojawiają się piękne widoki na florę i ukształtowanie terenu. Jest kilka ścieżek, ale łącza się one przeważnie na szczycie wyciągu narciarskiego (wysokość 1920 m n.p.m). Tam też znajduje się najwyżej położona restauracja w Australii – Eagels Nest, która serwuje piwo o nazwie: Spirit of Kosciuszko! (Duch Kościuszki). Odcinek biegowo ciekawy, napieram w ubraniu letnim (koszulka i krótkie spodenki). Jest ciepło.

Druga część to już duży ganek składający z wielu mniej lub bardziej obłych szczytów o różnym ukształtowaniu. Od górnej stacji kolejki do szczytu mamy ok. 6 km. Teren rozległy i wznoszący się powoli to doskonałe warunki dla hulającego wiatru. Początkowo zakładam czapkę, aby nie wyziębić głowy i napieram biegowo przed siebie. Wiatr prosto w twarz nie pomaga, ale teren nie jest stromy. Po 2 km kapituluje i zakładam kurtkę przeciwdeszczową. Dobrze, że biegnę (a nie idę), bo nie marznę bardzo. Po drodze spotykam kilka osób, które wyprzedzam lub mijam (te które już schodzą, ubrani dość zimowo i patrzą na mnie pewnie jak na wariata). Dobiegam do pierwszych płatów śnieżnych, które trzeba trawersować. Ostatni płat śnieżny jest dość stromy - przydałyby mi się raki.

Począwszy od 6 km aż do 9 km droga wiedzie po blaszanych, szerokich na 2 metry płytach metalowych. Nie spotkałem się jeszcze z taką forma przygotowania szlaku, ale trzeba przyznać, że poza strefą płyt nikt nie chodzi i przyroda zachowuje swoją naturę. Inną sprawą jest estetyka tych zabezpieczeń - w mojej ocenie mierna - chyba za duża ingerencja człowieka. Ostatni kilometr to płyty kamienne. Generalnie na szlaku brak trudności. Oczywiście wieje i jest chłodno. Dodatkowo pojawia się mgła. Dobiegając do szczytu widzę ok. metrowy obelisk. Cieszę się, że jest w zasięgu wzroku, bo już mi się szczyt nie wywinie. Mimo, iż Góra Kościuszki z założenia nie jest trudna to wiem, że czasami łatwe zadania potrafią się komplikować.

Na szycie walczę z wiatrem i po 70 zdjęciach z flagą kapituluje. No way! Nie jestem w stanie zrobić zdjęcia z nieruchomą pionowo flagą – przy obelisku wieje niemiłosiernie! Czuje radość i spełnienie. Trzymam w rękach przygodę!

Z powrotem biegnie się super, bo wiatr jest tym razem w plecy. Wykonuje za moje nogi 30% roboty. Po dotarciu do górnej stacji kolejki i 15 km w nogach czas na kawę z ciastkiem bananowym. Trochę zgłodniałem. Ciastko smakuje wybornie! W drodze powrotnej zmieniam drogę i próbuje swoich sił w biegu po torze downhillowym. To specjalne tory do jazdy w dół dla rowerów. Pewnie to zabronione, ale przygoda jest wyborna. Biegnąć profilowaną drogą czuję się jak w środku toru saneczkowego lub wodnej tubie z aquaparku. Tylko mięśnie czworogłowe trochę pobolewają. Po dobiegnięciu do samochodu patrzę na aplikację w telefonie i wyszedł górski półmaraton. 21 km w 2 h 51 min.

Przebieram się i wsiadam do samochodu. Po 500 km jestem z powrotem w Sydney”.

* * *

Finansowanie wyprawy: środki własne. Dalsze plany dotyczące Korony Ziemi: wyprawa na 9. szczyt Korony Ziemi - Everest - odbędzie się kwiecień-maj 2017 r.

comments powered by Disqus

Najnowsze